Kazanie odpustowe, Parafia św. Teresy od Dzieciątka Jezus, 30.09.2012

Po ludzku sądząc wydawało się to mało prawdopodobne, wręcz niemożliwe. Jedni mówili, że to taka dziecięca zachcianka, że jak dorośnie, to jej to przejdzie, a zauroczona powabami świata szybko zapomni o Bogu i pragnieniu wstąpienia do klasztoru. Przecież dziecko ma prawo marzyć, mówią drudzy, i że na powtarzane pytanie: kim będziesz? może za każdym razem inaczej odpowiadać. Zazwyczaj niewielu traktuje poważnie to, co mówi dziecko, bo przecież mając kilka lat nie może ono wiedzieć, czego chce; czy też co jest dla niego dobre; pragnąć tego, na co stać dorosłego człowieka, a jeśli nawet, to droga do realizacji pragnień z dziecięcych lat jest tak odległa, że graniczy z cudem dotarcie do jej celu.

Wiemy to przecież dobrze my dorośli, prawda! Zbierane z biegiem lat doświadczenie uczy, że niejednokrotnie trzeba zapomnieć o tym, czego się wcześniej pragnęło; zrezygnować z bliskich sercu marzeń, aby zrobić miejsce dla chłodnego realizmu; poddać się temu, co niesie życie, bo nie ma sensu bezskutecznie walczyć: o dziecięce ideały, dawne tęsknoty, słuszną sprawę, wygrane życie, czy nawet wieczne niebo…

Czy aby na pewno?! Nikt nie bierze pod uwagę tego, że ludzie w swojej ocenie mogą się mylić, a zbierane latami doświadczenie nie musi wyczerpywać znamion pełnej wiarygodności. W zestawieniu świata dorosłych z dziecięcym, ten drugi prawie zawsze niesłusznie przegrywa. Patronka naszej parafii udowodniła, że to, co nie jest możliwe u ludzi, jest możliwe u Boga. Mając 9 lat chciała wstąpić do klasztoru karmelitanek, co było niemożliwe w jej wieku i od czego odwodzili ją także najbliżsi, a Papież, którego prosiła o wstawiennictwo roztropnie powołał się na Najwyższego: jak Bóg będzie chciał, to wstąpisz. Po kilku latach stało się to faktem. Dopięła swego udowadniając, że żarliwa wiara w Boga, upór i konsekwencja zawsze, wcześniej, czy później, w jej przypadku wcześniej, bo bardzo wierzyła, prowadzą do celu. Jest wiele dziecięcych marzeń i tęsknot, które jak jesienne złoto-kolorowe liście spadają z drzewa i tak musi być, ale jest taka tęsknota, z której nie można zrezygnować, bo jest dziecięca, niewinna, szczera, prawdziwa i zawsze aktualna, bez zaspokojenia której na zawsze niespokojne pozostanie serce człowieka, ta, która dotyczy wiary w Boga, rzeczy nieprzemijających, ofiarowania się Bogu w służbie bliźnich, przyszłego życia.

Słusznie mówi się, że bez Boga ani do proga! Nasza patronka już we wczesnych latach odkryła moc siły duchowej. Potrafiła znajdować Boga w zwykłej codzienności, w banalności życia, w nudzie, w znużeniu. Jako czteroletnie dziecko zmierzyła się z bolesnym doświadczeniem śmierci matki, ale nie odwróciła się od Boga, który obdarzył ją w zamian pięknym podarunkiem, bo gdy w momencie bezsilności jej siostry zrozpaczone zastanawiały się, jak pocieszyć płaczącą najmłodszą siostrzyczkę i modliły się do Matki Boskiej, Tereska zobaczyła uśmiech stojącej w pokoju figurki Maryi. Natychmiast poczuła się dobrze, jakby obudzona z koszmarnego snu. Są takie chwile w życiu człowieka, w których trzeba wszystko postawić na Boga, z ludzkiego punktu widzenia zaryzykować, zachować się jak dziecko, które gdy tylko coś się stanie, z ufnością i najszybciej, jak to tylko możliwe biegnie do rodziców, czasami nawet krzycząc już z daleka, jakby chciało wyprzedzić swój bieg i mieć pewność, że te najbliższe osoby wybawią je z każdej opresji.

Kto powie, że nie przystoi to dorosłemu, jest w błędzie! Jakże często człowiek dorosły staje bezsilny wobec różnych okoliczności życia (mamo, nie płacz!) i bezradny jak dziecko w zderzeniu własnych oczekiwań z twardą rzeczywistością. Chciałby, ale mu nie wychodzi. Stara się, a efekty są marne. Wstaje z nadzieją, bo nie wie, jak zakończy się dzień, a jeśli dziś wszystko się udało, jest niepewny jutra. Czyż to wszystko, całe nasze życie z jego nieprzewidzianą codziennością nie jest jednym wielkim zaproszeniem dla Wszechmogącego i Miłosiernego Boga?! Czyż nie jest wielokrotnie powtarzającą się okazją do dziecięcego zawołania: Ojcze nasz? Nie jest trudno do Niego trafić, bo zanim człowiek uczyni krok, On już wie, jaki będzie następny. Św. Teresa z przekonywującą szczerością wyznała, że szukała Boga i w jakimś momencie zorientowała się, że Bóg znalazł ją dużo wcześniej. Jej przykład pokazuje, jak wiele może osiągnąć człowiek wiary i miłości: wiary, która stawała się w jej życiu coraz silniejsza; miłości, która kazała jej się wyzbyć wszystkiego, nie myśleć o sobie, nie chcieć przypodobać się ludziom, ale jedynie Bogu. W wieku 13 lat, w dzień Bożego Narodzenia doznała, jak sama to określa nawrócenia: w serce moje wstąpiła miłość połączona z pragnieniem zapomnienia o sobie, by innym sprawiać przyjemność, i od tej chwili poczułam się szczęśliwa. To tak, jakby przemówił przez jej życie sam Jezus Chrystus znanymi słowami: więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu.

Przyzwyczailiśmy się mówić na naszą Patronkę zdrobniale, jak na dziecko: św. Tereska. W rzeczywistości już od wczesnych dziecięcych lat nasza Święta była wewnętrznie dojrzałym człowiekiem, duchowym mocarzem o dziecięcej twarzy, a przy tym, jak to się potocznie mówi o kimś w sensie pozytywnym normalna. Była wrażliwa, przedsiębiorcza, wesołego usposobienia, serdeczna, szczera i prawdomówna, ale potrafiła też być uparta, jednocześnie maksymalistka i realistka, pokorna, ale nie ślepo. Mówiła o sobie, że jest takim małym zerem, ale takim, które Pan Jezus stawia we właściwym miejscu, bo zero postawione po jednostce czyni z niej liczbę potężną (jedynka bez zera nie byłaby dziesiątką!). Można się też od niej uczyć poczucia humoru i trafności oceny. Opisując starsze współsiostry z klasztoru odniesie do nich stwierdzenie: cudaczna kolekcja starszych panien. Była niezwykle współczesna: pragnęła być kapłanem, aby móc dotknąć swymi dłońmi Jezusa; ujmowała się za źle traktowanymi we Włoszech kobietami, mówiąc, że przecież kobiety kochały Zbawiciela i były mu wierniejsze, aniżeli sami Apostołowie. Pokazała, że świętość jest na wyciągnięcie ręki, bo nie polega ona tylko na heroicznych czynach, ale jest osiągana przez najmniejsze działania czynione z miłością i z wiarą w dobroć Boga. Zmarła po długiej chorobie i cierpieniu w 24 roku życia: zawsze pogodna, cierpliwa, zjednoczona z Bogiem, pamiętająca w modlitwie o innych. Pod koniec życia złożyła słynną obietnicę, spuszczenia po śmierci deszczu róż. Wierzyła, że Bóg pozwoli jej z nieba rozdawać dobro całymi garściami. Nie była to obietnica bez pokrycia. Przed jej kanonizacją zebrano dokumentację dotyczącą 4000 uzdrowień, a świadectwa o jej wstawiennictwie i otrzymanych przez nią łaskach zawierały 3000 stron.

To zaszczyt, honor i szczęście mieć taką Świętą! Dlatego każdego roku, ilekroć w tej parafii obchodzimy odpustową uroczystość ku jej czci, dziękując za nią Bogu, powinniśmy też dziękować temu, który sprawił, że parafia, my mamy taką patronkę. Mam nieodparte, graniczące z pewnością przypuszczenie, że był to ks. Boguś, pierwszy proboszcz. Oczywiście, że to Pan Bóg tak wszystkim pokierował, aby rodząca się, młoda parafia miała młodą Świętą, od której parafianie mogą się uczyć duchowej dojrzałości, ale przecież ludzie też mają coś do powiedzenia. Sam wybiorę się dziś na jego grób, aby mu za to podziękować, bo na pewno miał w tym decydujący udział. Mamy za patronkę wielką Świętą, świętą od rzeczy niemożliwych: osiągnęła to, czego jako dziecko pragnęła; będąc dzieckiem była dojrzała i niezwykle silna duchem; nigdy nie wyjechała na misje, a jest patronką misji; cicha i pokorna została obrana obok wielkiej Joanny d’Arc patronką Francji; ją obrała sobie za patronkę współczesna święta Matka Teresa z Kalkuty; młoda, a mądrością zasłużyła na tytuł doktora Kościoła.

Czy wykorzystujemy jej przemożne wstawiennictwo, bo przecież problemów nam nie brakuje: w pracy duszpasterskiej, w życiu małżeńskim, rodzinnym, zawodowym; w zderzeniu z chorobą, cierpieniem, śmiercią? Modlimy się do niej i przez nią?

Czy odkrywamy w nas dorosłych dziecięcą postawę autentycznej i bezwarunkowej wiary, postawę bezgranicznego zaufania Bogu Ojcu, zaufania, jakie ma dziecko do matki? (jeśli się nie staniecie jako dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego).

Ludzie szybko odchodzą, o czym mam okazję przekonać się raz po raz odwiedzając nasz parafialny cmentarz. Pokolenia przemijają i przychodzą nowe, a święci wciąż trwają! Mam żywą dziecięcą nadzieję, że gdy mnie, nas, nasze pokolenie będą opłakiwać, my tam z góry będziemy wspierać tych, którzy po nas zostaną, a potem do nas dołączą. Bo wierzę w takie niebo, w jakie wierzyła św. Teresa od Dzieciątka Jezus i od Najświętszego Oblicza (to było jej pełne zakonne imię), wierzę, że dostanę się do nieba, o którym pięknie mówi moja św. Tereska, że „niebo nie jest wiecznym odpoczynkiem, lecz wiecznym życiem, życiem pełnym […] to dom, w którym są już zaprzyjaźnieni święci, a także ukochani członkowie rodziny, miejsce obdarowania innych.”

/Ks. Arkadiusz Zakręta CM/