Kazanie na pogrzebie Ks. Bogusława Palenickiego, 24 lipca 2006 r.

W czwartkowy poranek 20 lipca Roku Pańskiego 2006 zabiły dwa kościelne dzwony, jakby na niedzielną mszę św. lub na jakąś wielką uroczystość. Wtedy zawsze biją oba dzwony, aby dać wszystkim parafianom do zrozumienia, że nie można przeoczyć tego wydarzenia, że trzeba swe myśli zwrócić ku Bogu, a kroki do kościoła. Tego poranka było podobnie, z wyjątkiem jednego: dzwony nie zapraszały do kościoła, ale zwiastowały śmierć jego budowniczego i ojca parafii p.w. św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Ci, którzy wiedzieli, że od kilku dni zaniemógł, zrozumieli mowę dzwonów, jedni z niedowierzaniem, inni w smutku wypowiadali: pewnie zmarł ks. Boguś, jeszcze inni udali się w pobliże, aby w ciszy i skupieniu wpatrywać się w otwarte drzwi prałatówki, jakby spodziewali się, że się w nich ukaże i zaprzeczy przypuszczeniom.

Potrzebował zaledwie trzy dni, aby zakończyć trwające  prawie 81 lat życie. Jeszcze w poprzednią niedzielę, mimo zmęczenia i upałów, wraz z Księdzem Proboszczem koncelebrował mszę św. wieczorną. Potem jego ołtarzem stało się łóżko i mały pokoik z widokiem na budujące się nieopodal przedszkole, symbol żywotności tutejszej społeczności. Gdyby tylko żył i był silniejszy, już nawet nie młodszy, to  pewnie nie raz jeszcze by je odwiedził, porozmawiał z personelem, pożartował i uzupełnił świetną znajomość parafian, kojarząc sobie dzieci z ich rodzicami. Opatrzność Boża jednak miała inne plany. Sam jej trochę pomógł. Był całkiem świadomy i doskonale wiedział, co go czeka. Mógł przecież jednym słowem zamienić ostatnie godziny życia w dni, a może nawet tygodnie. Gdyby tylko chciał pójść do szpitala, albo choćby przyjąć kroplówki. Choć my obok chcielibyśmy mu w ten sposób pomóc i jeszcze na chwilę zatrzymać go wśród nas, on w znanym sobie tonie zdecydowania, który nawet w tej chwili dało się wyczuć powiedział pytająco: po co przedłużać?

Jakby chciał powiedzieć nam wszystkim: wiem, co mnie czeka i jestem na to przygotowany, odchodzę do domu Ojca, nie idę w obcy świat i do pustego domu. Ten niewidzialny, lepszy świat przepowiadał jako kapłan przez przeszło 54 lata, o domu Ojca nie raz mówił odprowadzając na pobliski cmentarz urosłe do wielkich rzesze wiernych zmarłych w czasie swej 50 letniej obecności w tej parafii. Teraz ostatnimi chwilami życia i sposobem umierania o tym, co głosił, zaświadczył. Nie raz mówił też o cierpieniu oraz odpowiedzi na nie orzeźwiającego miłosierdzia Bożego, w które głęboko wierzył, jakby przewidując, że skorzysta z niego w ostatnich chwilach życia. Nawet wtedy, gdy z głębi jego ciała dobywał się głęboki ciężki oddech, a ciało coraz bardziej odmawiało posłuszeństwa, nie wypowiedział słowa narzekania, nie okazał gestu zniecierpliwienia przedłużającym się cierpieniem. To najpiękniejsze kazanie i źródło wiarygodności wszystkich kazań, jakie wygłosił, kazanie wypowiedziane za życia i w chwili śmierci ludzką nadzieją, chrześcijańską wiarą i kapłańską miłością. Nie mogło być inaczej, bo był to przedobry człowiek i boży kapłan.

Zawsze dyspozycyjny i dla ludzi. Dla niego nigdy nie było nie w porę. Ktokolwiek przyszedł i o którejkolwiek godzinie, został przyjęty i wysłuchany, nie czując się intruzem nawet wtedy, gdy pora była niezbyt właściwa. Otwarty i przyjazny, z właściwym sobie zdrowym poczuciem humoru i charakterystycznym śmiechem. Zawsze gościnny. Dzień przed śmiercią, gdy go odwiedziłem, kiedy już nie mógł mówić i nie widział i sił już dużo nie miał, kiedy opiekujące się nim panie powiedziały mu do ucha: przyszedł ks. Arek, on uczynił to, na co mu jeszcze resztki sił pozwalały: wyciągną rękę w geście powitania. I wiem, że ktokolwiek by go wtedy odwiedził, to uczynił by tak samo. Ludzka, niezwykle życzliwa natura ks. Bogusia rzucała się w oczy już przy pierwszym spotkaniu. Konfratrzy ze Zgromadzenia, którzy spotkali go tylko raz na moich prymicjach przed 17 laty do dziś go wspominają i zawsze o niego pytają. A przyjezdni i goście nie szczędzili nam i jemu komplementów; wy to macie dobrze, jesteście szczęśliwi, że macie takiego fajnego proboszcza, to jest ksiądz do tańca i do różańca. Rzeczywiście potrafił połączyć to co ludzkie, z tym co boskie. Był bliski życia i ludzi, znał kolejne pokolenia poszczególnych rodzin i każdego po imieniu. Miał też niezwykle łatwy dostęp do ludzi. Dbał o rzeczy materialne parafii, pobudował kościół nigdy, jak podkreślają parafianie, nie wołając pieniędzy, ale też potrafił budować tę duchową wspólnotę parafialną, rozwijając ducha wiary i pobożności, wprowadzając różne nabożeństwa. Jak trzeba było, potrafił też tupnąć nogą i nikt nie miał mu tego za złe. Przecież nie raz nauczał, że ewangeliczne tak, ma znaczyć tak, a nie nie i że parafianie powinni być gorący, a nie zimni, czy broń boże letni w wierze. Dlatego zasłużył sobie na miano, które odnosi się tylko do najbliższych: nasz ks. Boguś! Dlatego odnosimy do niego tytuł zarezerwowany tylko do krewnych i szczególnie bliskich: kochany ks. Boguś!

Wspaniały człowiek i jednocześnie boży kapłan. Miał rękę do ministrantów, którzy garnęli się do ołtarza i dla których mógł być przykładem. Dlatego nie dziwi, że wychował kilka kapłańskich powołań, z których bardzo się cieszył. To był człowiek wiary i modlitwy. Kiedy już nie mógł odmawiać brewiarza, kazał go sobie czytać, niektórzy mówią, że to kapłan starej daty, który nie zaniedbał kapłańskiej modlitwy, a już na pewno niezwykle gorliwy. Wiedział, że kapłan jest dla ludzi, że ma im służyć, jak Chrystus Dobry Pasterz poświęcić się dla swej owczarni. Gdyby dbał o siebie, pewnie żyłby dłużej. On jednak się nie oszczędzał. Jak przywieźli materiał na budowę kościoła, to wespół z innymi go wyładowywał, zbywając wszelkie uwagi, że to nie wypada, żeby ksiądz proboszcz… Do dziś pamiętam, jak swoim motorkiem jawką w pogodę i niepogodę udawał się do starej kaplicy, albo do chorych. Można się było od niego uczyć także pokory i skromności. Potrafił być wielkim proboszczem, ale też potrafił być już na emeryturze wielkim wikarym, usługując i będąc niezastąpioną pomocą obecnemu proboszczowi, z którego strony doświadczył wiele synowskiej życzliwości, szacunku, a w ostatnich dniach troskliwej opieki. Na wieść o śmierci ktoś mnie zapytał: to jak teraz będzie wyglądać msza św. bez Ks. Bogusia, kiedy już nie pójdzie do konfesjonału, nie zagada po drodze, nie pójdzie po składce i nie pogłaska dzieci?

Tak bardzo się przyzwyczailiśmy do jego obecności, że trudno nam sobie wyobrazić, że go wśród nas już nie będzie. Ja sam w ostatnim czasie przyłapałem się na naiwnej, dziecięcej myśli, która w trzy dni szybko dojrzała, zestarzała się i w czwartek umarła. Kiedy się rodziłem ja i wiele pokoleń parafian, on był, chrztu udzielił, udzielił pierwszej komunii i przygotował do bierzmowania, a potem był na moich święceniach w Warszawie, a wielu innym udzielił sakramentu małżeństwa. I tak sobie myślałem, że jak będę chory to mnie namaści, a jak umrę to pochowa. Zapomniałem, że ziarno wrzucone w ziemię musi obumierać, a żeby wydało piękny owoc, musi umrzeć. Wybaczcie, że to powiem, ale tak naprawdę, gdy dziś się smucimy i płaczemy, to nie tylko dlatego, że zmarł ks. Boguś. Po części płaczemy także nad nami samymi, bo straciliśmy kogoś bliskiego, kto był gwarantem poczucia bezpieczeństwa, potrzeby bardzo głęboko wpisanej w naszą naturę. Liczyło się to, że był, że w każdą niedzielę można go było zobaczyć, wyspowiadać się u niego. W tak szybko jak dziś zmieniającym się świecie człowiek szuka punktu odniesienia, chce się uchwycić czegoś, co trwałe i niezmienne. Okazuje się, że ludzie w tym względzie są tylko czasowi. Kolejny raz przychodzi nam powiedzieć, że pozostaje nam tylko wieczny Bóg, i że On jedynie jest naszą nadzieją.

Znając ks. Bogusia, to by się teraz nad nami smucącymi się i płaczącymi pochylił i odnosząc się do zmartwychwstania Jezusa Chrystusa powtórzyłby słowa św. Pawła: Dlatego to nie poddajemy się zwątpieniu, chociaż bowiem niszczeje nasz człowiek zewnętrzny, to jednak ten, który jest wewnątrz, odnawia się z dnia na dzień. W duchowym testamencie pozostawił nam też polecenie, abyśmy wszyscy zachowali i pomnożyli to, co on wypracował i czemu poświęcił swoje siły, a wskazując na własne życie mówi nam słowami św. Pawła o sensie naszego życia, który polega na poświęceniu się dla innych ku chwale Boga: Wszystko to bowiem dla was, ażeby w pełni obfitująca łaska zwiększyła chwałę Bożą przez dziękczynienie wielu.

Czymże jest żywot człowieka, gdy nań po śmierci spojrzymy? Czym żywot kapłana, gdy przestanie już być drugim Chrystusem na ziemi? Żywot człowieka jest więcej niż trawa, co to rankiem zielona, wieczorem usycha, a żywot kapłana więcej niźli kwiat, co to wiosną cieszy swym pięknem oczy, a jesienią więdnie w samotności niezauważony. Jego godność Bogu zawdzięczona, zbawienie na krzyżu dokonane, a prawdziwa dobroć serca  i życzliwość na ziemi i w niebie, u ludzi i Boga, uznane. Świadczy o tym przyniesiona dziś w sercach i wyrażona ustami wdzięczność Bogu za Ks. Bogusia i Ks. Bogusiowi. Każda łza i każdy kwiat tych pięknych licznych wiązanek, a także każda zamówiona msza za Ks. Bogusia mówią dziś w jednym chórze: dziękujemy ci kochany Ks. Bogusiu za twoje życie i kapłańską, półwieczną posługę w tej parafii. I prosimy wstawiaj się za nami u Boga i proś dla nas o łaskę dobrego życia, abyśmy tak jak ty zasłużyli kiedyś na odważne i ufne przyjęcie śmierci, a tuż po jej przyjściu spotkali Zmartwychwstałego Jezusa witającego nas słowami: dobrze sługo dobry i wierny, wejdź do radości Twego Pana. Amen

(Ks. Arkadiusz Zakręta CM)